„List do mojej młodości” wydaje się co nieco przydługim kazaniem dydaktycznym przeznaczonym dla krnąbrnej młodzieży, która nie szanuje autorytetów i na każdym kroku je kwestionuje
przeczytaj recenzję
Widziałam w kinie przed premierą na przeglądzie technicznym (razem z ekipą pracowników), widziałam kilka razy w telewizji, a teraz odświeżyłam w kinie - wersję reżyserską, na maratonie. I nadal ten film robi absolutnie duże wrażenie. Byłam w szoku, że po tylu latach, znając film tak dobrze, sprawi mi taką dużą przyjemność oglądanie go.
Wejście Jack'a Nicholson'a bardzo ożywia ten film. Pierwsze minuty - chociaż nudzą - to (w zamyśle reżysera?) stanowią kontrast dla późniejszej transformacji kobiet. Pomijając wstęp, nawet wciągnęła mnie ta historia. Nie wiedziałem w którą stronę to pójdzie, "nadchodzące zło" zwiastowane przez żonę redaktora intrygowało mroczniejszym tonem. [SPOILER] Szkoda, że finał był bliżej jakiegoś fantasy niż horroru. [/SPOILER]
[SPOILER] Tak samo zawiodłem się (chociaż podczas oglądania podświadomie) na przejściu z "kochamy Jack'a" do "musimy coś z nim zrobić". Sekwencja (śmierć i choroby) była za krótka żeby przynajmniej u mnie zmienić nastawienie, Jack jest zbyt charyzmatyczny. [/SPOILER]
Kiedy Donnie rozmawia ze swoją terapeutką o seksie, mówi, że fantazjuje o Christinie Applegate. W scenariuszu jego fantazją była Alyssa Milano. Zmieniono to, ponieważ w 1988 roku, kiedy toczy się akcja filmu, Milano miała szesnaście lat.